Do Paryża jechaliśmy z Gent. 280 km, niecałe 3 godziny jazdy. Pół dnia przed nami. Mieliśmy zostawić bagaże w hotelu, jechać do centrum, zjeść porządną kolację. Okolice lotniska Charles De Gaulle - korek. Czekamy, stoimy... i tak półtorej godziny. Pomoc drogowa przyjeżdża, każą jechać przez centrum - kolejne półtorej godziny... Zajeżdżamy do hotelu, godzina 18. 30, zostawiamy walizki, idziemy jeść. Wychodzimy na ulice, wszędzie brudno i nieciekawie, a w okolicy głównie kebaby. Wracamy. Hotel połączony z centrum handlowym, kierunek Mc Donald's. Moja pierwsza buła od ponad pół roku.
To była moja trzecia wizyta w Paryżu. Pierwszy raz byłam w drugiej klasie liceum. Pierwsza wycieczka zagraniczna, niesamowita radość. Do tego razem z koleżankami cieszyłyśmy się, że będziemy mogły pogadać po francusku! A co, w końcu podstawy już poznałyśmy :P Wtedy też pierwszy postój - Mc Donald's. Pierwsze rozczarowanie. Brud, na końcu sali śpi bezdomny, do toalety aż brzydzi się wejść. Podróż metrem - strach dotknąć czegokolwiek, kolejni bezdomni. Zdecydowanie jest to miasto kontrastów. W jednej chwili można je znienawidzić, a po kilku chwilach pokochać. Wiem co mówię, bo naprawdę byłam zrozpaczona po kilku chwilach pobytu w miejscu gdzie znajdował się nasz hotel.
Na temat jazdy samochodem nie będę się rozwodzić. Tam nie ma zasad. Jesteś na środkowym pasie na rondzie, chcesz zjechać, proszę bardzo! Oczywiście nie włączaj kierunkowskazu, bo po co?! Pierwszy szok przeżyliśmy 3 lata temu, jak podróż poślubną spędzaliśmy w Belgii i jednego dnia wyskoczyliśmy do Paryża. Mąż miał chwilę zastanowienia, jak wjechać na rondo ;)
O miejsce parkingowe też ciężko.
My dojeżdżaliśmy autem do centrum, dalej chodziliśmy pieszo. Nie chcieliśmy Piotrusia narażać na ścisk w metrze, nie mówiąc już o brudzie i bakteriach... A kilometrów przeszliśmy sporo...
Takie dzieła sztuki wpadły mi w oko w Luwrze ;)









